Amsterdam na weekend (dzień #1)

Zawsze chciałam pojechać do Amsterdamu – miasta kanałów i niezliczonej ilości rowerów, czerwonych latarni i coffeeshopów… Zobaczyć miejsce będące symbolem wolności, indywidualizmu i tolerancji… Jednym słowem Mekkę młodych, których przyciąga niespotykana w żadnym innym miejscu atmosfera luzu i swobody… W tym roku spełniłam to marzenie! A jak spędzić weekend w Amsterdamie? Przygotujcie się na długi spacer!

Jak przystało na miasto poprzecinane kanałami, Amsterdam najlepiej zwiedza się pieszo. Spacer rozpoczynam od miejsca, gdzie w czasach Złotego Wieku znajdował się wielki port handlowy. Zawijały tam statki morskie Holenderskiej Kompanii Wschodnioindyjskiej przywożąc cenne ładunki z egzotycznymi produktami. Dziś wznosi się tu neogotycki dworzec główny Amsterdam Centraal, ukończony w 1899 r.

Autorem gmachu postawionego na 8700 drewnianych palach był Pierr Cuypers, który zaprojektował także budynek holenderskiego muzeum narodowego Rijksmuseum – stąd niezwykłe podobieństwo obydwu budowli. Główną ścianę dworca zdobi płaskorzeźba będąca personifikacją miasta – widnieje na niej scena składania darów Pani Amsterdamu przez kupców z całego świata.

Zatrzymuję się na placu dworcowym, gdzie panuje największe rowerowe zagęszczenie, jakie tylko można sobie wyobrazić! Nigdy w życiu nie widziałam tylu rowerów w jednym miejscu! W dodatku do każdej okolicznej latarni, barierki czy mostkowej balustrady też jest przykuty łańcuchem jakiś rower!

Ale to jeszcze nic w porównaniu z pobliskim  trzypiętrowym parkingiem… oczywiście tylko dla rowerów!  Istne rowerowe szaleństwo! Zagadką pozostanie dla mnie jak Amsterdamczycy odnajdują swój rower pośród miliona innych na parkingu?! :)

W żadnym innym mieście, nawet w Chinach, nie spotkałam tak wielu osób podróżujących rowerem do pracy, szkoły, na zakupy czy biznesowe spotkanie! Rowerów jest tu przeszło 900 tys. czyli… więcej niż samych mieszkańców! Typowym obrazkiem są także rowery towarowe, tzw. bakfiets, wyglądające jak połączenie roweru z taczką, służące często do przewożenia… dzieci :) Rowerem dojedziemy praktycznie w każdy zakątek miasta, który szczyci się posiadaniem 400 km tras rowerowych! Jeśli wybierzecie taki sposób zwiedzania miasta pamiętajcie, żeby pojazd dobrze zabezpieczyć przy parkowaniu – każdego roku ginie tu 80 tys. rowerów, a 25 tys. kończy swój żywot w kanale!

I przede wszystkim trzeba uważać, żeby nie wpaść pod rower! Rowerzyści są wszędzie, a rower ma uprzywilejowaną pozycję w ruchu drogowym i pierwszeństwo nawet przed pieszymi! I rowerzyści skwapliwie korzystają z tego przywileju, bo zachowują się jak przysłowiowe święte krowy! Nie ma dnia bez kraksy z pieszymi, zwłaszcza z turystami!

Mijam gigantyczny  rowerowy parking i docieram do przystani wzdłuż ulicy Prins Hendrikkade, skąd odpływają statki turystyczne. Rejs statkiem po kanałach to jedna z największych atrakcji Amsterdamu i świetny sposób na pierwsze spotkanie z miastem, zwanym przecież Wenecją Północy. Rejsy obsługuje kilka firm, które mają podobne ceny. W cenie biletu jest bezpłatny audioguide (na niektórych statkach dostępny w języku polskim).

Rejs trwa około godziny i pozwala na zapoznanie się z topografią miasta, gdzie kanały rozrastały się niczym ogromna pajęczyna. Woda od zawsze była nierozerwalnie związana z historią Amsterdamu, świadczy o tym nawet jego nazwa, która oznacza tamę (z holenderskiego: „dam”) na rzece Amstel (pierwotnie: Amsteldam). Aż trudno uwierzyć,  że kilka rybackich chat ustawionych w XIII w. na bagnach rzeki Amstel wyrosło na prawdziwą kupiecką potęgę, która przez wiele lat wiodła prym na morzach i oceanach!

Amsterdam liczy sobie 165 kanałów, co oznacza 75 km wodnych ścieżek połączonych przez ponad 1200 mostów. Kanały były niegdyś jedyną drogą komunikacji i transportu towarów w tym kupieckim i portowym mieście. Najbliżej centrum znajduje się najmniejszy okręg wody: Singel – dawna fosa wokół nieistniejących już murów miejskich. Nieco większy okręg to Herengracht – kanał Panów i najbogatsza ulica w Amsterdamie. Kolejne oddają hołd cesarzowi (Keizersgracht) i książętom (Prinsengracht), bo przecież Amsterdam był kiedyś republiką. Mniejsze lecz równie piękne są Bloemgracht (Kanał Kwiatowy), Brouwersgracht (Kanał Piwowarów) i Leligracht (Kanał Lilii). Niektóre kanały w XIX w. zasypano dla potrzeb ruchu kołowego i woda pozostała tylko w ich nazwie (np. Rozengracht).

Statki poruszają się dość wolno ze względu na ograniczenia prędkości (żeby falowanie wody nie powodowało erozji brzegów) dlatego (w przeciwieństwie do Wenecjan) Amsterdamczycy nie korzystają z tego sposobu komunikacji. Dla nich szybsza jest jazda na rowerze, którą traktują niemal jak religię :) Powolne statki są jednocześnie dobrodziejstwem dla turystów, którzy mają o wiele więcej czasu na podziwianie architektonicznych dokonań Złotego Wieku.

Przyglądam się barkom przycumowanym przy brzegu, zamienionym na domy mieszkalne, których oficjalnie jest 2,5 tys. a nieoficjalnie o wiele więcej.  Skąd się wzięło życie na wodzie? Zdecydowały względy ekonomiczne – powojenny brak mieszkań przy jednoczesnym nadmiarze jednostek pływających. Szczyt popularności barek przypadał na lata 60-te i 70-te XX w., kiedy to hippisi i polityczni aktywiści chętnie korzystali z okazji na tanie i – wbrew pozorom – całkiem przestronne mieszkanie. I mimo, że dziś koszty życia na wodzie są porównywalne do tradycyjnego mieszkania,  to niektórzy nie wyobrażają sobie mieszkać gdzie indziej!

Podziwiam rzędy raczej skromnych i podobnych do siebie kamienic. Dlaczego w najbogatszym mieście Europy XVII w. nigdzie nie ma złoconych zdobień ani gigantycznych pałaców?  To zasługa rady miejskiej, która zdecydowała, że nad głównymi kanałami mogą budować się tylko najbogatsi. A zatem, skoro wyznacznikiem statusu jest sama lokalizacja, to po co płacić za drogie ozdoby? Władze uchwaliły  także, że szerokość kamienic nie może przekraczać 9 m, a większość domów ma od 3-5 kondygnacji. Wśród tych podobnych do siebie domów łatwo się zgubić, ale to najlepsza okazja, by zejść na chwilę z turystycznej trasy i poznać zaułki miasta…

Statek przepływa obok wieży Montelbaanstoren zbudowanej w 1516 r., która kiedyś była jedną z licznych wież w średniowiecznych murach obronnych Amsterdamu.

W pobliżu znajdują się przestronne apartamenty z kolorowymi okiennicami w kształcie żagla. Całkiem przyjemne miejsce do życia! Gdyby jeszcze w Amsterdamie tak często nie padało…

Rejs dobiega końca. Mogłabym tak pływać godzinami,  jednak pora na dalsze zwiedzanie. Podążam ulicą Zeedijk, jedną z najstarszych ulic Amsterdamu, gdzie kiedyś biegła grobla chroniąca miasto przed zalaniem. Dawne skupisko marynarzy, biednych imigrantów i handlarzy narkotyków dziś jest zadbaną ulica handlową pełną sklepów, restauracji i klimatycznych pubów.

Mijam Queenshead obwieszony flagami w kolorach tęczy (najstarszy bar dla gejów w Amsterdamie) i wkraczam do Chińskiej Dzielnicy.

Można tu nabyć pozłacanego Buddę, zasięgnąć porady zielarza albo delektować się słynną kaczką po pekińsku.

Ja miałam okazję spróbować jej w Pekinie, dlatego ruszam dalej, podziwiając po drodze buddyjską świątynię Fo Guang Shan ufundowaną przez miejscową społeczność chińską w 2000 r.

Miłośnicy Azji mogą także zajrzeć do największej pływającej restauracji na świecie, w kształcie chińskiej pagody, przycumowanej przy brzegu IJ.

Docieram do rozległego placu o nazwie Nieuwmarkt (Nowy Rynek), gdzie mieszczą się restauracje, kawiarnie oraz targowisko. Pośrodku placu wznosi się majestatyczny budynek Wagi Miejskiej z XV w. Pierwotnie budowla służyła jako brama do miasta, jednak gdy granice Amsterdamu przesunęły się na południe – straciła rolę bastionu.

Po co powstawały miejskie wagi? Przede wszystkim, by przeciwdziałać oszustwom ale pobierane za ważenie opłaty stanowiły ważne źródło dochodu dla miasta (była to jedna z pierwszych form cła czy też akcyzy, porównywalna do dzisiejszego VAT). Budynek Wagi na Nieuwmarkt był przeznaczony do ważenia ciężkich artykułów handlowych, takich jak bele tytoniu, kotwice i pistolety. Dziś mieści się tu stylowa restauracja z letnim tarasem.

Już tylko kilka kroków dzieli mnie od kolejnej atrakcji znanej  jako Red Light District, czyli Dzielnicy Czerwonych Latarni. Jak przystało na stare portowe miasto, prostytucja w Amsterdamie ma swoje długie tradycje, a oprócz tego jest legalna, dochodowa i dobrze zorganizowana. I tak jak kiedyś przybywali tu marynarze, tak dziś zaglądają turyści – choć większość bardziej z ciekawości niż w poszukiwaniu uciech cielesnych…

Nazwa dzielnicy pochodzi od oświetlonych na czerwono okien, w których skąpo ubrane kobiety, trudniące się najstarszym zawodem świata, wabią swoich potencjalnych klientów. Co ciekawe, prostytucja uliczna jest w Amsterdamie zabroniona, dlatego kobiety nie mogą opuszczać swoich witrynek. Kiedy klient jest zainteresowany, uzgadnia cenę przy drzwiach i wchodzi do lokalu, a na oknie zaciągnięta zostaje ciężka, czerwona kurtyna… Pamiętajcie, żeby nie wolno robić zdjęć kobietom pracujących w czerwonych oknach, ani ich klientom! Może się to skończyć odebraniem i wrzuceniem sprzętu fotograficznego do kanału, nierzadko razem z jego właścicielem…

Oprócz kobiet oferujących zza szyb swoje wdzięki znajdziemy tu mnóstwo coffeeshopów, które wbrew swojej nazwie oferują produkty z  marihuaną. Można tu legalnie kupić do 5 gram marihuany na osobę, a rocznie sprzedawane jest ok. 100 tys. kg miękkich narkotyków, z czego 25% nabywają turyści. Korzystając z tego zakazanego rogu obfitości skusiłam się pudełko czekoladowych brownie oraz ciemną czekoladę :) Ale bez obawy, dawka zioła w tych produktach jest bardziej symboliczna niż odurzająca :)

Do okolicznych atrakcji należą także sklepy z artykułami erotycznymi, mniej lub bardziej eleganckie domy publiczne, kluby erotyczne, a także muzeum prostytucji, seksu czy marihuany.

Takie rzeczy to tylko w Amsterdamie! Tutaj nie zamyka się prostytutek, czy sprzedawców marihuany, którzy są zwykłymi obywatelami płacącymi podatki. Zakłócanie porządku publicznego czy załatwianie potrzeb fizjologicznych na ulicy jest karane wysokim mandatem, za to zażywanie miękkich narkotyków i zachodzenie do prostytutek jest jak najbardziej legalne :)

Przechadzam się rozrywkową dzielnicą, wyczuwając charakterystyczny zapach „trawki”, i oczom nie wierzę! Oto w samym sercu Dzielnicy Czerwonych Latarni wznosi się Oude Kerk (Stary Kościół) – najstarsza świątynia w Amsterdamie. To miasto naprawdę potrafi zaskakiwać!  W dodatku przed kościołem stoi niewielki pomnik prostytutki z brązu :)

Kościół poświęcony św. Mikołajowi kryje grobowce kilku admirałów, patrycjuszy i historycznych postaci, m.in. Saskii, żony Rembrandta. W czasie reformacji (pod koniec XVII wieku) protestanci ogołocili gmach z obrazów, rzeźb i większości ozdób. Gmach kościoła był także przez jakiś czas siedzibą amsterdamskiej giełdy.

Opuszczam rozrywkowy kwartał i zmierzam w kierunku dzielnicy żydowskiej, która do wybuchu wojny była jedną z najbardziej żywych dzielnic w całym Amsterdamie. Żydzi w ogóle bardzo mocno wpłynęli na historię miasta, a napływ imigrantów przyczynił się do jego ekonomicznego rozwoju. Wystarczy wspomnieć, że klub sportowy Ajax Amsterdam ma żydowskie korzenie, szlifierzami diamentów byli Żydzi i nawet sam Amsterdam mieszkańcy nazywają w żargonie „mokum„, co z hebrajskiego oznacza „miasto”.

Zmierzam do ulicy Jodenbreestraat, gdzie pod nr 4 znajduje się muzeum Dom Rembrandta – rezydencja, którą słynny malarz kupił będąc u szczytu powodzenia w 1639 r. i mieszkał w niej aż do swojego bankructwa w 1656 r.

Przechodzę przez pobliski Bluawbrug (Niebieski Most) z 1884 r., zbudowany na rzece Amstel na wzór paryskiego mostu Aleksandra III wzniesionego na Sekwanie. Rzeczywiście widać pewne podobieństwo, choć paryska budowla jest znacznie większa. Amsterdamski most zawdzięcza swoją nazwę niebieskiemu kolorowi, jaki posiadała poprzednia drewniana konstrukcja wzniesiona w tym miejscu. Popatrzcie na ciekawe latarnie, zwieńczone cesarskimi koronami, podtrzymujące symetrycznie umieszczone okrętowe dzioby na których sterczą klosze.

W pobliżu wznosi się nowy miejski ratusz wybudowany w 1986 r. (wcześniej, do 1808 r. funkcję ratusza pełnił gmach dzisiejszego Pałacu Królewskiego na Placu Dam).

W oddali podziwiam zwodzony most Magere Brug (Chudy Most), jeden z najczęściej fotografowanych mostów w Amsterdamie. Legenda głosi, że most został zbudowany dla dwóch sióstr mieszkających po dwóch przeciwległych brzegach rzeki. W swej pierwotnej formie z XVII w. most był bardzo wąski, stąd jego nazwa. Obecna budowla pochodzi z 1871 r. i po zmierzchu mieni się tysiącem romantycznych lampek. Do dnia dzisiejszego most jest podnoszony ręcznie, kiedy trzeba przepuścić wielkie barki – ten odcinek rzeki Amstel łączy rzekę IJ ze śródlądowymi szlakami żeglugowymi południowej Holandii.

Pora na późny lunch, mój wybór pada na słynne holenderskie frytki, o których mówi się, że są tylko dodatkiem do majonezu :) I rzeczywiście wybór sosów do solidnej porcji grubych frytek może przyprawić o zawrót głowy! Próbuję tego z papryczką jalapeño , ale kubki smakowe odmawiają mi współpracy ;) Pozostanę jednak przy tradycyjnym majonezie :)

Pełen wrażeń dzień kończę na hałaśliwym i gwarnym Placu Rembrandta, gdzie wieczorem pulsuje nocne życie Amsterdamu. Środek placu zdobi oryginalny pomnik artysty, nawiązujący do jego słynnego dzieła Straż Nocna. Monument składa się z kilkunastu rzeźb, które przedstawiają obraz Rembrandta w formacie 3D.

Namalowana w 1642 r. scena zbiorowa barwnie odzianej kompanii straży obywatelskiej stała się wizytówką całego okresu Złotego Wieku. Obraz przedstawia pewność siebie i dumę młodego narodu, który wyzwolił się z jarzma hiszpańskiego kolonializmu. Jednak na pierwszy rzut oka obraz nas nie zachwyci, podobnie jak nie spodobał się samym modelom. Niechęć z jaką przyjęli swoje podobizny zapoczątkowała spadek zamówień na obrazy Rembrandta, co w efekcie przyczyniło się do bankructwa malarza.

Straż nocna (Wymarsz strzelców) – obraz Rembrandta – https://commons.wikimedia.org

Sam plac pełen jest kawiarni, pubów i klubów muzycznych, w których wieczorami przygrywają początkujący muzycy. Ja jednak zmierzam w kierunku Smokey Coffeeshop, kawiarni, w której legalnie można zapalić jointa, zamówić ciastko z marihuaną albo wypić herbatkę z „ziołem”.

W imponującym menu widzę rozmaite odmiany trawki i haszyszu, choć większość nazw niewiele mi mówi. Ale nie kupuje się tu w ciemno, bo wszystkie produkty można przed zamówieniem obejrzeć w przygotowanej gablocie. Co najciekawsze, na terenie coffeeshopu (tak jak we wszystkich pubach i restauracjach w Holandii) obowiązuje całkowity zakaz palenia tytoniu. Oczywiście palenie marihuany nie jest zabronione – wręcz przeciwnie! :) Już od samego wdychania można być na haju ;)

W oparach zioła kończę mój pierwszy dzień pobytu w kosmopolitycznym  Amsterdamie i już wiem, że będę chciała tu wrócić! Do miasta, w którym naprawdę czuje się ten luz… ;)

Ciąg dalszy ==> TUTAJ

(Visited 377 times, 1 visits today)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *