Pontiaki, Cadillaki i Chevrolety, czyli amerykańskie samochody na Kubie

Stałam na hawańskim Malecónie zafascynowana tym, co zobaczyłam na ulicy. A było na co popatrzeć, bo obok mnie majestatycznie sunęły stylowe amerykańskie limuzyny z zupełnie innej epoki! Buicki, Fordy, Oldsmobile, Pontiaki, Cadillaki, Chevrolety, Plymouthy, Dodge, Chryslery… Wszystkie wyprodukowane kilkadziesiąt lat temu! Czyżbym znalazła się w wehikule czasu? A może to scenografia do filmu z lat 50-tych? I jak amerykańskie oldtimery znalazły się na Kubie?

Kuba przypomina muzeum starych samochodów. To jedyny kraj na świecie, po którym nadal jeździ 60 tys. amerykańskich oldtimerów! Jedne wypolerowane i dopieszczone, inne prowizorycznie połatane, z przerdzewiałą karoserią… Co je łączy? Wszystkie zostały wyprodukowane przed rewolucją 1959 roku i już wtedy uchodziły za niezwykle eleganckie i luksusowe. Dziś są jedną z największych atrakcji Kuby i budzą zachwyt turystów, którzy fotografują każdy kawałek karoserii :)

Ale skąd w biednym komunistycznym kraju tyle zabytkowych samochodów? Wszystko za sprawą splotu okoliczności historyczno-politycznych. Na początku XX w. Kuba weszła w strefę amerykańskich wpływów i stała się centrum rozrywkowym USA. W czasach amerykańskiej prohibicji była mekką poszukiwaczy przygód, hazardu i prostytutek. Przez pewien czas Hawana była nawet bogatsza niż amerykańskie Las Vegas! Na Kubę przybywały wielkie sławy, m.in. Frank Sinatra, Marlena Dietrich, Ernest Hemingway, czy senator John F. Kennedy, a także zwykli Amerykanie, którzy przywozili tu swoje drogocenne limuzyny.

Kiedy w 1959 r. wybuchła rewolucja Amerykanie i bogaci Kubańczycy w pośpiechu uciekali do USA, jednak nie mogli tak po prostu spakować swojego dobytku i odjechać. Z Kuby można było tylko odpłynąć albo odlecieć, dlatego luksusowe oldtimery musiały pozostać na wyspie. Porzucone na ulicach samochody szybko zostały rozdysponowane wśród ludu kubańskiego, na zasadzie „kto pierwszy ten lepszy”.

Kiedy rok później na Kubę nałożono sankcje i wprowadzono embargo na import z USA oznaczało to nie tylko zakaz sprowadzania nowych samochodów (które reżim uznał za dobro kapitalistyczne i luksusowe), ale także zakaz importu części zamiennych. Fidel Castro wprowadził także prawo zakazujące nabywania nowych samochodów oraz handlu używanymi pojazdami. Tym sposobem na wyspie zatrzymał się czas…

Każdy z amerykańskich krążowników szos to jedyny w swoim rodzaju cud techniki. Ich nadwozia są najczęściej oryginalne, niektóre nawet doczekały się nowego, błyszczącego lakieru, ale to co mają pod maską zadziwia fanów motoryzacji z całego świata…

Karoseria często nosi ślady farby olejnej, zniszczoną blachę zastępuje się samodzielnie wykonaną z dostępnych materiałów, nikogo nie dziwią też łyse opony czy przerobione gaźniki… Wskutek braku oryginalnych części silniki zamieniono na te z sowieckiego Moskwicza czy Łady, co miało też swoje ekonomiczne uzasadnienie. Bo kogo stać na 6-litrowy silnik przy zaporowych cenach paliwa, kiedy samochód pali jak smok, a miesięczny przydział benzyny wynosi 20 litrów?

Każdy właściciel starej amerykańskiej limuzyny przymusowo stał się kreatywnym mechanikiem samochodowym i tylko jego determinacji zawdzięczamy to, że te samochody jeszcze są na chodzie… Mówi się, że na Kubie nie ma złomowisk i nic w tym dziwnego, skoro cały złom nadal jeździ po ulicach… W każdym innym kraju właściciel odrestaurowanego i wypieszczonego oldtimera trzymałby go garażu jako cenny zabytek, a na Kubie zabytkowa limuzyna służy jako zwykły środek lokomocji…

Żeby kupić amerykańskiego krążownika szos nie można być obcokrajowcem, trzeba znaleźć kogoś, kto zechce go sprzedać i przede wszystkim trzeba mieć wystarczającą ilość gotówki i przygotować się na kolosalny wydatek. Zaniedbany, ale sprawny samochód kosztuje ok. 15 tys. CUC! (15 tys. euro), natomiast koszt wypieszczonej limuzyny sięga od 50 tys. CUC (50 tys. euro) wzwyż! Z tego powodu oldtimery zmieniają właściciela zwykle tylko po linii pokoleniowej – z ojca na syna i wnuka.

Posiadanie starego amerykańskiego samochodu to na Kubie bardzo intratny biznes, a jego właściciele należą do najzamożniejszych Kubańczyków. Zwykle zajmują się wożeniem turystów spod Kapitolu na Plac Rewolucji, a godzinna wycieczka kosztuje ok. 20 euro, czyli tyle ile przeciętna miesięczna pensja zwykłego Kubańczyka. Chętnych nigdy nie brakuje bo jazda amerykańskim oldtimerem jest jedną z największych atrakcji wyspy!

Przejażdżka starym różowym Chevroletem po ulicach Hawany była dla mnie niepowtarzalnym przeżyciem! Wystarczyło jedynie zapomnieć o pasach bezpieczeństwa, nie zwracać uwagi na zwisające sznurki, spięte drucikami kabelki czy nie działające zegary na tablicy rozdzielczej… Tylko głośna latynoska muzyka i wiatr we włosach… :)

Jednak na ulicach kubańskich miast można spotkać nie tylko amerykańskie oldtimery, ale także samochody z dawnego Bloku Wschodniego. Kiedy Kuba po rewolucji zwróciła się ku Związkowi radzieckiemu na wyspie pojawiły się Łady, Moskwicze, Wołgi czy ciężarowe ZiŁy. Import samochodów z ZSRR zapewniał także dopływ części zamiennych, które można było przerobić na potrzeby starych amerykańskich krążowników. „Kubańczyk potrafi” :)

A jeśli już mowa o samochodach z krajów socjalistycznych,  to nie można pominąć naszego kultowego fiata 126p. Maluch, zwany tu pieszczotliwie „El Polaquito”, czyli „Mały Polaczek”, jest częstym widokiem na kubańskich drogach.

Jednak jego cena może przyprawić o zawrót głowy! Maluch za 11-12 tys. CUC, czyli 11-12 tys. euro? To podobno dobra okazja! Popatrzcie tylko na pierwsze z brzegu ogłoszenia znalezione na kubańskim portalu Revolico:

Ciekawostką są tablice rejestracyjne, z których wynika status posiadacza samochodu. Do 2010 r. obowiązywały kolorowe tablice, gdzie każdy kolor miał inne znaczenie: niebieskie tablice oznaczały transport publiczny, czerwone – samochód z wypożyczalni, pomarańczowe – obcokrajowców na kontraktach (którzy mogli kupić samochód od rządu po przyzwoitej cenie), zielone – wojsko, białe – służbę zdrowia, żółte – samochody prywatne (bardzo niewiele), a czarne – dyplomatów (którzy posiadali najlepsze samochody, sprowadzane na zlecenie rządu). Kolorowe tablice rejestracyjne można dziś kupić na pamiątkę na każdym bazarze.

W 2010 r. tablice rejestracyjne wymieniono na białe, a status posiadacza samochodu oznacza dziś odpowiednia litera, np.: P – właściciel prywatny, B – samochód rządowy, T – samochody turystyczne, najczęściej samochody z wypożyczalni, D – dyplomaci, K – firmy z udziałem korporacji zagranicznych.

W 2011 r. Raul Castro wspaniałomyślnie zniósł zakaz handlu używanymi samochodami kupionymi po rewolucji oraz zniósł zakaz sprowadzania samochodów z zagranicy. Żeby kupić lub sprzedać auto niepotrzebne już jest zezwolenie tylko obowiązek zapłaty 4% podatku przez każdą ze stron, a także pisemna deklaracja, że pieniądze nie pochodzą z nielegalnych źródeł.

Jednak europejscy kolekcjonerzy na próżno zacierają ręce – amerykańskie krążowniki szos zostały uznane za dziedzictwo narodowe i nie mogą opuścić wyspy. Wartość kolekcjonerska tych samochodów także bardzo mocno spadła ponieważ większość z nich, poza nadwoziem, nie zawiera już żadnych oryginalnych części.

Tymczasem salony samochodowe wcale nie przeżywają oblężenia. Ceny nowych samochodów są 400% wyższe niż w Europie (sic!), bo rząd razem ze zniesieniem embarga wprowadził nowe podatki i opłaty, co przełożyło się na ceny dealerów. Przy średniej płacy na poziomie 20-30 euro trudno więc myśleć o rozwoju rynku motoryzacji… Większy ruch jest na rynku wtórnym jednak ceny używanych samochodów mogą przyprawić przeciętnego Europejczyka o zawał serca!

Mimo to na Kubie widać już początek zmian, na ulicach pojawiają się nieliczne audi, mercedesy, toyoty i coraz więcej nowoczesnych chińskich samochodów. Jeśli więc chcecie zobaczyć świat motoryzacji, który zatrzymał się kilkadziesiąt lat temu – warto odwiedzić Kubę, zanim amerykańskie oldtimery na dobre znikną z krajobrazu wyspy…

(Visited 82 times, 1 visits today)

1 komentarz do “Pontiaki, Cadillaki i Chevrolety, czyli amerykańskie samochody na Kubie

  • 29 października 2019 at 16:54
    Permalink

    Bardzo przydatny wpis. Na pewno przyda się na kolejne wyprawy :) Pozdrawiamy!

    Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *